Kumpel mi opowiadał kiedyś przeżycia z tripa. Poszedł z ziomkami na taką dużą łąkę za lasem niedaleko naszego osiedla. Nazbierali z chłopaczkami grzybków, zjedli no i sie zaczeło. Najpierw uciekali z walącego się domu (byli w szczerym polu żadnych zabudowań nie było). Kładli się na łące i zakrywali głowy żeby ich sufit nie przygniótł

Poźniej jak im troche przeszło, jeden poleciał gdzieś w las powiedział tylko że idzie banany zbierać :thumleft: Jakiś czas później drugi koleś mówi że idzie go szukać. Wszedł w las patrzy a ten siedzi na jakimś drzewie wysokim i coś tam mamrocze pod nosem. Powiedział mu żeby zszedł na dół. Tamten mu odpowiedział że zaraz zejdzie. Więc ten czekając na niego postanowił się odlać. Odwrócił się, zrobił swoje. Gdy odwrócił się w stronę drzewa na którym siedział tamten zobaczył że ten wisi normalnie na gałęzi na sznurku (tak jak na szubienicy). Leci do chłopaków nie może wydusić z siebie słowa. Był blady jak ściana. Wkońcu powiedział co się stało. wszyscy lecą pod drzewo patrzą a tamten dynda na gałęźi :cat: Chłopaki spanikowali. Krzyczeli, bali się strasznie wejść do lasu. Siedzieli na tej łące w strachu i myśleli co tu zrobić. Zaczeło robić się ciemno. Patrzą ktoś wychodzi z lasu. Przyglądają się a to tamten "wisielec" idzie w ich stronę i drze piz*** że nie ma tam żadnych bananów za to w hu*** mandarynek znalazł. Wszyscy walneli śmiechem. Ale niestety do domu przez las nie wrócili tak byli zesrani :silent: Szli dookoła lasu przez jakieś pola. Nadrobili ok 5 km.
Ja osobiście jeszcze nie szamałem gribków ale chyba się skuszę bo ciekawa faza po niech jest!!! :thumright: