- Rejestracja
- Sty 1, 2017
- Postów
- 228
- Buchów
- 5
Cześć!
Zakładam ten temat żeby podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami jako regularnego palacza. Dużo mi na pewno brakuje do wielu forumowych wyjadaczy jeśli chodzi o ilość konsumowanych dóbr, ale nie uważam żeby miało to większe znaczenie.
Odkąd używam trawki, czyli jakieś 10 lat, regularnie wpadam w wir i nie przestaję palić przez kolejne tygodnie, miesiące i lata, co bywa oczywiście przyjemne, ale wiążą się z tym pewne komplikacje. Jako osoba wykonująca pracę umysłową, muszę być w stanie uczyć się codziennie nowych rzeczy i możliwie szybko rozwiązywać coraz to nowe, nieraz bardzo skomplikowane problemy. Robienie tego w stanie otępienia, w jakim pozostaję przez całą dobę będąc w takim wirze, nie sprzyja efektywności mojej pracy ani mojemu komfortowi. Dlatego na przestrzeni lat udało mi się wypracować sposób działania, który pozwala pogodzić wyzwania na płaszczyźnie zawodowej z ogłupiającym mnie hobby z którego świadomie nie chcę rezygnować. Sposób o którym piszę nie jest niczym skomplikowanym i przypuszczam, że wielu z Was róznież z niego korzysta. Polega na robieniu co jakiś czas przerwy w paleniu na parę tygodni/miesięcy, co pozwala mi przekierować energię i czas na to, z czym aktualnie się zmagam. Niektórzy robią przerwę, żeby po niej mocniej klepało, ja traktuję ją jako możliwość ogarnęcia spraw z którymi nie mam ochoty się mierzyć kiedy jestem ukopcony. Kiedyś takie przerwy poprzedzały sesję na studiach czy zawody sportowe, aktualnie staram się pauzować np kiedy muszę przygotować się do ważnego spotkania, albo mam wygłosić wykład na konferencji.
Piszę to wszystko dlatego, że zaczynam właśnie jedną z tych dłuższych przerw, kiedy dla własnego dobra odstawiam używki na bok, żeby skupić się na przygotowaniu do zdobycia kolejnego długofalowego celu, zrobienia kolejnego kroku który przybliży mnie do miejsca do którego chcę dotrzeć. W połowie przyszłego roku chcę wykonać manewr który planowałem od wielu lat i który zaważy w dużej mierze na jakości mojego dalszego życia. Zdaję sobie sprawę z tego jak enigmatycznie to brzmi, ale nie chciałbym zdradzać zbyt wielu osobistych szczegułów na haszyszowym forum, a jednocześnie traktuję ten post jako punkt kontrolny, do którego wrócę w odpowiednim czasie i pochwalę się, czy się udało. Nie omieszkam też wtedy nagrodzić siebię za ten okres wzmożonej pracy, kolejnym epizodem korzystania z tego, co uda mi się w międzyczasie wychodować. Lubię ten stan kiedy komfort psychiczny związany z wdrapaniem się na kolejny, wyższy od poprzedniego szczyt, pozwala na zatracenie się w oparach bez zamartwiania się i stresu. Problem w moim przypadku polega na tym, że nie jestem w stanie zdobywać kolejnych szczytów będąc na haju. Kiedy palę, mam tendencję do akceptowania rzeczy takich jakimi są, bez podejmowania walki. Zapominam o własnych ambicjach siedząc przed konsolą z jointem w zębach. Zamiast zająć się tym co ważne, wolę obejrzeć kolejny serial i obżerać się stejkami. Tak już mam, że albo pracuję, albo odpoczywam.
I tu miejsce na pytanie do tych z Was, którzy jeszcze nie stwierdzili, że TL/DR. Jak to jest u Was? Czy konopie nie przeszkadzają Wam w tym czym się zajmujecie? Czy nie stwierdzacie czasami że wstrzymują Was przed wyjściem poza strefę własnego komfortu? Udaje się Wam połączyć codzienne obowiązki z kilogramami spalanego materiału? Czy jesteście w stanie na drugi dzień po nocy pełnej dymu wstać równo z budzikiem i stawić czoło kolejnemu dniu? A może tylko ja się spinam i martwię się takimi rzeczami podczas gdy reszta forum ma wy***ane i płynie tak jak wiatr zawieje? Jestem bardzo ciekaw podejścia innych forumowiczów. Wierzę, że obok gromady licealistów jest tu wiele osób które są w stanie wzbogacić tą dyskusję spojrzeniem z innej perspektywy.
Pozdrawiam i zachęcam do polemiki
ps- nie wiem dlaczego, ale forum zjada mi znak nowej lini..
Zakładam ten temat żeby podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami jako regularnego palacza. Dużo mi na pewno brakuje do wielu forumowych wyjadaczy jeśli chodzi o ilość konsumowanych dóbr, ale nie uważam żeby miało to większe znaczenie.
Odkąd używam trawki, czyli jakieś 10 lat, regularnie wpadam w wir i nie przestaję palić przez kolejne tygodnie, miesiące i lata, co bywa oczywiście przyjemne, ale wiążą się z tym pewne komplikacje. Jako osoba wykonująca pracę umysłową, muszę być w stanie uczyć się codziennie nowych rzeczy i możliwie szybko rozwiązywać coraz to nowe, nieraz bardzo skomplikowane problemy. Robienie tego w stanie otępienia, w jakim pozostaję przez całą dobę będąc w takim wirze, nie sprzyja efektywności mojej pracy ani mojemu komfortowi. Dlatego na przestrzeni lat udało mi się wypracować sposób działania, który pozwala pogodzić wyzwania na płaszczyźnie zawodowej z ogłupiającym mnie hobby z którego świadomie nie chcę rezygnować. Sposób o którym piszę nie jest niczym skomplikowanym i przypuszczam, że wielu z Was róznież z niego korzysta. Polega na robieniu co jakiś czas przerwy w paleniu na parę tygodni/miesięcy, co pozwala mi przekierować energię i czas na to, z czym aktualnie się zmagam. Niektórzy robią przerwę, żeby po niej mocniej klepało, ja traktuję ją jako możliwość ogarnęcia spraw z którymi nie mam ochoty się mierzyć kiedy jestem ukopcony. Kiedyś takie przerwy poprzedzały sesję na studiach czy zawody sportowe, aktualnie staram się pauzować np kiedy muszę przygotować się do ważnego spotkania, albo mam wygłosić wykład na konferencji.
Piszę to wszystko dlatego, że zaczynam właśnie jedną z tych dłuższych przerw, kiedy dla własnego dobra odstawiam używki na bok, żeby skupić się na przygotowaniu do zdobycia kolejnego długofalowego celu, zrobienia kolejnego kroku który przybliży mnie do miejsca do którego chcę dotrzeć. W połowie przyszłego roku chcę wykonać manewr który planowałem od wielu lat i który zaważy w dużej mierze na jakości mojego dalszego życia. Zdaję sobie sprawę z tego jak enigmatycznie to brzmi, ale nie chciałbym zdradzać zbyt wielu osobistych szczegułów na haszyszowym forum, a jednocześnie traktuję ten post jako punkt kontrolny, do którego wrócę w odpowiednim czasie i pochwalę się, czy się udało. Nie omieszkam też wtedy nagrodzić siebię za ten okres wzmożonej pracy, kolejnym epizodem korzystania z tego, co uda mi się w międzyczasie wychodować. Lubię ten stan kiedy komfort psychiczny związany z wdrapaniem się na kolejny, wyższy od poprzedniego szczyt, pozwala na zatracenie się w oparach bez zamartwiania się i stresu. Problem w moim przypadku polega na tym, że nie jestem w stanie zdobywać kolejnych szczytów będąc na haju. Kiedy palę, mam tendencję do akceptowania rzeczy takich jakimi są, bez podejmowania walki. Zapominam o własnych ambicjach siedząc przed konsolą z jointem w zębach. Zamiast zająć się tym co ważne, wolę obejrzeć kolejny serial i obżerać się stejkami. Tak już mam, że albo pracuję, albo odpoczywam.
I tu miejsce na pytanie do tych z Was, którzy jeszcze nie stwierdzili, że TL/DR. Jak to jest u Was? Czy konopie nie przeszkadzają Wam w tym czym się zajmujecie? Czy nie stwierdzacie czasami że wstrzymują Was przed wyjściem poza strefę własnego komfortu? Udaje się Wam połączyć codzienne obowiązki z kilogramami spalanego materiału? Czy jesteście w stanie na drugi dzień po nocy pełnej dymu wstać równo z budzikiem i stawić czoło kolejnemu dniu? A może tylko ja się spinam i martwię się takimi rzeczami podczas gdy reszta forum ma wy***ane i płynie tak jak wiatr zawieje? Jestem bardzo ciekaw podejścia innych forumowiczów. Wierzę, że obok gromady licealistów jest tu wiele osób które są w stanie wzbogacić tą dyskusję spojrzeniem z innej perspektywy.
Pozdrawiam i zachęcam do polemiki
ps- nie wiem dlaczego, ale forum zjada mi znak nowej lini..
Ostatnią edycję dokonał moderator:




